"Wyprawa rowerowa Londyn-Paryż"... brzmi poważnie... tak naprawdę zebraliśmy się we dwóch, zapakowaliśmy nasze rowery i kilka użytecznych drobiazgów, ruszyliśmy w drogę. Mieliśmy ambitny plan dotarcia do stolicy ’’ żabich udek, ślimaków czy dziesiątków gatunków serów”. Plan się powiódł, całość zajęła nam około trzy dni, dostarczając wspaniałych przeżyć, wspomnień i absolutnie nowych doświadczeń. 19 kwiecień(sobota)-Pierwszy dzień naszej wyprawy…pierwszy, ale jednocześnie wymagający od nas największego wkładu pracy…pokonaliśmy trasę około 160 km. Spotykamy się w Londynie na Camden Town, gdzie pakujemy sprzęt na rowery i ruszamy. Celem, który sobie postawiliśmy tego dnia było dotarcie do pięknego miasta portowego Dover, skąd ok.21.45 przeprawiliśmy się promem na stronę francuską do miasta Boulogne. Tutaj następuje gorączkowe szukanie pola namiotowego ( była godz.23.00):) . I tym razem szczęście się do nas uśmiechnęło-znaleźliśmy pole namiotowe i po krótkich pertraktacjach w języku bliżej nie określonym(angielski jest we Francji raczej językiem ‘’obcym’’) właściciel zgodził się nas przyjąć(traf chciał, że miał akurat urodziny i nadmiar promili we krwi pomógł mu podjąć pożądaną dla nas decyzję;). Mimo trudności w przeliczeniu równowartości 12 Euro na odpowiednik ‘’funtowy’’(spowodowanych zbyt dużą ilością spożytego ‘’czerwonego trunku’’), właściciel okazał się dla nas bardzo łaskawy i mimo późnej godziny oprowadził nas po polu namiotowym i pokazał kawałek naszego ‘’pola’’;) 20 kwietnia(niedziela)-ruszamy dalej…dzisiaj padnie liczba 130 km. Z samego rana wita nas piękna słoneczna pogoda. Po opuszczeniu kempingu udajemy się na poszukiwanie ‘’jadła’’. Docieramy do lokalnego sklepu, gdzie naszym oczom ukazuje się coś, co pozwala zapomnieć o głodzie…na jakieś parę godzin intensywnej jazdy- pizza, która mimo iż jest zimna po podgrzaniu w mikrofali( może francuskie mikrofale emitują zimno;), to smakuje świetnie:) . Po posiłku wsiadamy na nasze maszyny i ruszamy w podróż po prowincjonalnej Francji. Mijamy piękne malownicze widoki…a w między czasie spotyka nas seria awarii-dwie pęknięte dętki, problem z kasetą i mój uszkodzony tylni hamulec. Jednak co dwie głowy, to nie jedna-wszystkie problemy techniczne zostają rozwiązane przy użyciu dostępnych narzędzi( Mc Gyver byłby ‘’confused’’ jakby zobaczył, co naprawdę można zrobić przy pomocy klucza imbusowego );) Wieczorem dojeżdżamy do kolejnego kempingu, gdzie szybko rozbijamy namiot i udajemy się na spoczynek. 21 kwietnia(poniedziałek)…coraz bliżej celu:) Ten dzień traktujemy wyjątkowo leniwie. Składanie namiotu przeciąga się nam do godz.12.00. Tuż potem udajemy się do restauracji na pierwszy prawdziwy obiad. Wyszukane nazwy z francuskiego menu raczej niewiele nam mówią. Pada wybór na dumnie brzmiący schab po normandzku;)Wybór okazuje się bardzo trafny. Około godziny 13.00 ruszamy dalej. Po 8 godzinach jazdy decydujemy się na znalezienie noclegu i tutaj zaczyna się robić ciekawie;) Stojąc przed mapą miasteczka spotykamy się ze wzrokiem dwóch obserwujących nas ludzi…po krótkiej wymianie spojrzeń wszystko jest jasne-‘’Nasi’’ są wszędzie. Rodacy udzielają nam porady jak trafić na najbliższy kemping i po około 30 minutach udaję się go namierzyć. Po bliższej analizie tablicy informacyjnej dowiadujemy się, że kemping jest otwarty ale…od 15 maja. Tutaj następuje mało dyplomatyczna wymiana poglądów na temat zaistniałej sytuacji;) W końcu rozbijamy nasz ’’dom’’ koło rzeki, która da o sobie znać około godziny 8.00 drażniąc nasze nozdrza swoimi ‘’wyziewami’’;)Tego dnia przemierzyliśmy dystans 115 km. 22 kwietnia(wtorek)-za 45 km upragniony cel. Wstajemy około 9.00 i ruszamy na podbój Paryża. W między czasie spotykamy pewnego Francuza podczas porannego treningu szosowego, który dowiedziawszy się, że jedziemy z Wielkiej Brytanii krzywi się na wszystkie możliwe strony ( legendarna ‘’miłość’’ między Francuzami a Anglikami). Po krótkiej wymianie zdań i wytłumaczeniu, że jesteśmy Polakami pada z jego ust szlachetne: VIVA POLOGNE!:) Niesieni tymi słowami jedziemy do stolicy. Wjeżdżamy w końcu do centrum Paryża, gdzie przejechanie ok.8 km to walka o życie;)( Francuzi jeżdżą jak chcą i gdzie chcą). Naszym ‘’łupem’’ padają kolejno : Eiffel Tower, pola marsowe, pola elizejskie, łuk triumfalny, Luwr oraz pyszne kasztany z Placu Pigalle. Koło łuku triumfalnego spotykamy kobietę, która po krótkiej rozmowie zdradza nam, że podróż swoją zaczęła w Colorado(USA) i zawitała do Europy. Co ciekawe miejsca swoich przystanków wyszukuje na podstawie strony internetowej na której ogłaszają się ludzie chętni ją przenocować za absolutne ‘’free’’(strona ta łączy podróżników i ludzi oferujących im dach nad głową). Po około 5 godzinach udajemy się na obiad-tym razem zamawiam sobie potrawę stricte mięsną z symbolicznym jednym ziemniakiem i z powalającą swą ostrością musztardą francuską. Posiłek okazuję się bardzo syty-możliwość oderwania się od krzesła staję się bardzo ograniczona;) Mój kompan-Bartek zamawia sobie oprócz dania głównego jeszcze starter i lody(chylę czoła-Bartek jesteś WIELKI;). Wieczorową porą udajemy się na Plac Pigalle spróbować sławnych kasztanów. Zaskoczenie nasze wzbudza fakt, że znajdujemy tylko jednego sprzedawcę oferującego ten przysmak. Jednak opłacało się jechać…smakują wybornie-kto nie jadł niech szybko spróbuje! Po tym dniu pełnym wrażeń przychodzi czas na powrót-udajemy się na stację Paris Nord, skąd pociąg Eurostar zabierze nas do Londynu. Zanim nas jednak zabierze, to zapakujemy nasze dwa rowery do specjalnej torby rowerowej, która wzbudzi ogólne zamieszanie podczas odprawy…łącznie z komentarzami typu: Panowie co Wy dom przewozicie?;) Około godziny 22:20 jesteśmy już w Londynie, skąd ja muszę jeszcze ‘’przepedałować’’ 30 km do Hatfield. Jestem w domu około godziny 00:10…rzecz jasna-następnego dnia ciężko chory i niezdolny do pracy;)…Trasa licząca około 450 km ukończona. Podsumowanie: Na pewno wiele poznaliśmy: nowe miejsca, kultura, życie, ludzie, zabytki, sklepy, wszystko. Z perspektywy siodełka roweru jest to jakby ciekawsze i pełniejsze. Natomiast to co było w tej wyprawie naprawdę niezwykłe, niepowtarzalne i dla nas chyba najważniejsze to sama idea takiej podroży. To, że rzucasz wszystko, wsiadasz na rower i bierzesz sobie wolne od normalnego świata, znikasz. Nie dojadasz, mokniesz,  śpisz na kempingach, a jednak jesteś szczęśliwy - jedziesz. Ta jazda jest niesamowitym przeżyciem. Fascynujący jest fakt, że wszystko co Ci jest do życia potrzebne znajduje się na twoim bagażniku. Kiedy przychodzi zmrok, wyszukujesz sobie w miarę wygodne miejsce, rozbijasz namiot, zasypiasz. Ze wschodem słońca budzisz się i wracasz do jazdy. Niby nic specjalnego, a jednak jest to cudowna sprawa. Połączenie pedałowania, kontaktu z przyrodą, całodziennego przebywania na świeżym powietrzu, odcięcie się od codziennej bieganiny i wygód tego świata oraz pewnie jeszcze kilka innych, nie do końca uchwytnych i opisywalnych składników tworzy niesamowitą mieszankę, którą wspomina się z wielką rzewnością. Cel i miejsce nie są tutaj najważniejsze, jednak trzeba powiedzieć, że Francja ze względu na swoją "roweroprzyjazność" jest absolutnie godna polecenia i rozważenia.