31 października 2009 roku, sobota koło godziny 12 wyjechałem z Wrocławia na małą przejażdżkę rowerem. Miałem w planie wybrać się gdzieś na weekend poza miasto; wybór padł na gorę Sobótkę. Jest ona niedaleko Wrocławia, dlatego wybrałem okrężna drogę, aby zwiększyć dystans i przy okazji ominąć ruchliwą drogę. Pogoda była ładna, choć wiało i było zimno, w każdym bądź razie było na plusie około 5° C, więc nie było tak najgorzej. Jechałem spokojnie z niewielkim prowiantem, standardowo z zapasową dętką i mapką. Droga pomimo pogody, która dawała się coraz bardziej we znaki, była spokojna.Bardzo rzadko przejeżdżał samochód, więc jechało się swobodnie. Po jakimś czasie znalazłem się już w mieście Sobótka. Odnalazłem bez problemu parking przed górą, pamiętając go z lat szkolnych, kiedy miałem okazje być tu na wycieczce. Skorzystałem z ławki i zjadłem dwie bułki z masłem czekoladowym. Zmieniłem jedną parę skarpetek ( jedną z trzech jakie miałem na sobie), która nabrała wilgoci, dając niebywałe poczucie komfortu. Podjazd pod górę nie był trudny; jechałem niebieskim szlakiem, choć czasem trudność sprawiały kamienie i błotnisty teren. Szlak wiódł w górę stając się po pewnym czasie bardziej zarośnięty, aż w końcu całkiem znikł. Miałem dwa wyjścia: zawrócić i pojechać inną drogą albo przedzierać się przez gąszcz lasu. Wybrałem drugą opcję, bo po pierwsze nie chciałem zawracać, a z drugiej strony wydawało mi się, że szczyt jest blisko. Pomyliłem się odrobinę; miałem przed sobą jakieś 40 minut przedzierania się przez gęstwinę z rowerem na plecach. Droga była trudna, zarośnięta, z dużą ilością powalonych pni i kamieni. Wspinając się wzwyż często musiałem zmieniać ramię na którym niosłem rower, bo prowadzić się go absolutnie nie dało. Dodatkowym utrudnieniem była ciemność, która nastała jakiś czas temu. Lecz dzięki lampce przedniej i determinacji dotarcia na szczyt udało się. Posiedziałem chwilę podziwiając łunę świateł od okolicznych miejscowości, zadzwoniłem do rodziny, że jestem na szczycie cały i zdrowy i że wracam do domu. Zjazd poszedł o wiele szybciej od podjazdu, ale nie było, aż tak kolorowo. Duża ilość kamieni na drodze często zmuszała do zejścia z roweru i prowadzenia go w dół. Zjeżdżając trzeba było bardzo uważać.Absolutna ciemność i przeszkody w postaci zjazdu usłanego kamieniami zaowocowały dwoma wywrotkami. Były to tylko zadrapania, więc jechałem śmiało dalej, ale ze zwiększoną uwagą. Zjazd zajął około 50 minut. Głodny i zmarznięty zatrzymałem się w pobliskiej biedronce po coś słodkiego. Drogę powrotną wybrałem jak najkrótszą, pomimo to dłużyła się, ale zgodnie z powiedzeniem “byle przed siebie” dojechałem do domu przed 22. Po prysznicu i ciepłej kolacji udałem się na zasłużony odpoczynek. Podsumowanie: Dystans: 102km Czas: 9,5 godziny Kliknij w celu powiększenia